Parnik vel parownik czyli Полные меню vs Повнi меню

Skarga.

Ja niżej podpisany, roku Pańskiego dwa tysiące czternastego, wiedziony nieodpartą tęsknotą i poszukiwaniem smaków z dzieciństwa, nabyłem, na drodze wymiany towarowo… a właściwie pieniężno – towarowej, urządzenie o nazwie „parowar”.

Ponieważ piszę tę skargę do Państwa, którzy to urządzenie wyprodukowaliście (nie do składu, w którym go zakupiłem z wiecznie chowającą się za regałami obsługą, czyli do sklepu Media Markt) to pominę wobec tego cały szereg wyjaśnień, że urządzenie to nie ma nic wspólnego z parowozem, parostatkiem, a wywodzi się w prostej linii z parownika vel parnika do ziemniaków dla świnek tudzież innych hodowlanych stworzeń.

Nie zapomnę smaku ziemniaków z parnika u mojej cioci Zosi na wsi. Był rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty ósmy, lato, sierpień – pamiętam dobrze ponieważ wtedy rozmawiałem pod wodą z żabami topiąc się (jak widać nieskutecznie) w wiejskim stawku i złamałem obojczyk. Zosia miała kilka blondynek, tak pieszczotliwie mawiała o swoich świnkach i kiedy przychodził czas popołudniowego karmienia, a one już to wiedziały wesoło chrumkając, ja zakradałem się do parnika i podbierałem trochę gorących i smaczniutkich pyreczek.

To wspomnienie smaku z dzieciństwa tli się we mnie do dziś, a właściwie tliło do czasu zakupu parowaru, bo oto kiedy pojawił się w domu, biegiem udałem się do piwniczki i nu, dawaj! Zaparowałem sobie słuszny kilogram ziemniaczków i smaki z dzieciństwa powróciły. I nie myślcie sobie, że zajadałem się nimi tak bez niczego, bez żadnej okrasy, no może pierwszy worek tak, ale już potem, hulaj dusza! Było i masełko i sól. Żona moja, wspaniała zresztą kobieta, podzielała również z początku mój entuzjazm, jednak na trzeci tydzień dość kategorycznie zaprotestowała trzasnąwszy mnie instrukcją obsługi tegoż parowaru i domagając się bardziej zróżnicowanej diety. Wtedy to dopiero odkryliśmy, że to, co zdawało się z początku instrukcją obsługi, której przecież żaden rozsądny człowiek nie czyta, jest książką kucharską z gotowymi przepisami! Tak! O to nam właśnie chodziło!

Książka jest bogato ilustrowana, z przepięknymi zdjęciami, że aż ślinka leci, ciężka, a co za tym idzie wydana na papierze dobrej jakości (co poczułem kiedy żona walnęła mnie nią w łeb) ale szkopuł w tym, że ma jedną, malutką, tyciunią wadę… mianowicie… my nic nie rozumiemy co tam jest napisane! Ona po prostu napisana jest cyrylicą po rosyjsku i ukraińsku! Prosilibyśmy wobec tego Szanownych

Państwa o przesłanie nam takowej ale wydanej w języku polskim (żona następnego tygodnia parowanych pyreczek, nawet z okrasą! nie zniesie).

Pozdrawiamy i czekamy na odpowiedź.

 

Zażalenie

Zażalenie.

Szanowna Dyrekcjo PKP niniejszym składam zażalenie na jakość świadczonych przez Szanowną Dyrekcję (w dalszej części Sz. D.) usług przewozowych. Nie będę się tutaj niepotrzebnie rozwodził nad całością materii, nad wszystkimi tymi spóźnieniami, wagonami działającymi jak chłodnie czy mikrofalówki i tym podobnymi niedogodnościami, do których normalny (nie niedzielny) pasażer już się przyzwyczaił i z nimi oswoił ale skoncentruję się tylko na jednym, jedynym połączeniu. Mowa o pociągu relacji Kostrzyn nad Odrą – Poznań, do którego wsiadam, a bardziej trafnym byłoby określenie „próbuję wsiąść” w Szamotułach o godzinie siódmej minut pięćdziesiąt osiem.
Ogólnie nie lubię pracować w sobotę, zresztą pewno nie ja jeden, ale kiedy jest mus i do pracy iść trzeba, to niczym jest dla mnie sobotnia pobudka o godz. 7.00 w porównaniu do tego, co czeka na mnie niecałą godzinę później. Ale od początku.
Kiedy wchodzę na peron dokonuję rzeczy najważniejszej, a mianowicie wyławiam z tłumu osoby znajome lub choćby takie, które znam z widzenia, starając się trzymać jak najbliżej nich, a w dalszej części zażalenia dowie się Sz. D. dlaczego. Pociąg wjeżdża na stację, a na peronie ustawia się trzydziestometrowy szpaler, w którym każdy ma nadzieję, że drzwi będą akurat na wprost niego co i tak (o czym za chwilę) jest bez znaczenia. Pociąg w końcu staje i kiedy drzwi rozsuwają się, oczom ludzi stojących na peronie ukazuje się ściana ludzi stojących lub też upchanych w pociągu. Normalnie każdy człowiek przy zdrowych zmysłach pomyślałby: „Nie, to niemożliwe, do tego pociągu nie da się wsiąść!”, albo zrobiłby w tył zwrot i poczekał na następny, jednak smutek całej tej sytuacji polega na tym, że następny pociąg jeździ… tyle, że nie w soboty. Taki psikus. Przeto po chwili konsternacji, zwątpienia i patrzenia po sobie dokonuje się rzecz nieprawdopodobna – wszyscy ludzie, którzy stali na peronie wciskają się do pociągu! Następuje odjazd.
Wewnątrz mamy do czynienia z efektem kaszany ogólnej, bo jeśliby pociąg porównać do flaka, to pasażerowie stanowiliby farsz wymemłany w misce, przemielony przez maszynkę i z tejże do niego wciśnięty. Miejsca siedzące? Boże o czym ja piszę? Ludzie zajmujący miejsca siedzące to prawdziwi wybrańcy, na których stojący patrzą z mieszaniną podziwu, zazdrości i nienawiści. Stojący natomiast zajmują każdy centymetr kwadratowy podłogi, włącznie z przestrzenią „w boksach” pod oknami, pomiędzy nogami siedzących naprzeciw siebie pasażerów i gdyby człowiek potrafił lewitować, zajęta byłaby też przestrzeń nad głowami, aż po sam sufit. Bliskość jest tak duża, że ociera się o akt seksualny, powoduje dyskomfort i zakłopotanie, by po chwili przerodzić się w nerwowość. Wszyscy kręcą się, stękają, przedeptują z nogi na nogę i pół biedy, kiedy masz na wprost kogoś znajomego (jak ja, kiedy wyłowiłem go z tłumu) gorzej, kiedy patrzysz z odległości dziesięciu centymetrów głęboko w oczy osoby, której nie znasz.
Bliskość taka ma też różne oblicza. Wiesz na ten przykład co kto jadł na śniadanie, jakiego dezodorantu pod pachy używa, czy kiedy depilował sobie grube włosy z brwi, czy uszu. Może przytrafić się młoda i ładna dziewczyna ale też i pracownik z branży budowlanej, która złamała niejednego czyścioszka i abstynenta.
W tym wszystkim jednak, nie jest najgorsza owa „bliskość”, a brak tlenu i panująca duchota, bo w tym pociągu z niewiadomych mi przyczyn, nie używa się klimatyzacji. Zapytacie: „Jakiej klimatyzacji, w pociągu?”, ale my podróżni wiemy że jest! Wiemy, bo czasami jest włączana, poza tym sprawdziliśmy dając wymowne znaki (kolega symulował, że się dusi, łapiąc powietrze „jak karp”) w stronę kamery do maszynisty i ten litując się uruchomił nawiew. Po prawdzie za dużo symulować nie musiał i w końcu naprawdę ktoś zemdleje albo dostanie jakiś omamów spowodowanych stężeniem CO2 (Wikipedia: Zatrucie dwutlenkiem węgla. Stężenie powyżej 10%). Na domiar złego okna są „nie – otwieralne” i nieraz już myśleliśmy w chwilach prawdziwej desperacji o użyciu tego specjalnego młotka do rozbijania szyb. Wiecie jednak jak to jest w pociągach z otwieraniem okien, zawsze znajdzie się ktoś kto marudzi, że go zawieje, że zimno, że przeciąg, nawet jeśliby konał z gorąca.
Reasumując. W powyższym zażaleniu starałem się opisać warunki jakie panują w porannym pociągu relacji Kostrzyn nad Odrą – Poznań Główny (do którego ja wsiadam w Szamotułach). Pomyślicie sobie: „Gość pewnie ciut ubarwił i przejaskrawił swoje doznania”, ale nic z tych rzeczy! A dowodem w sprawie niech będzie całkowite zaniechanie kontroli biletów. Zresztą nie ma co się temu dziwić, bo po pierwsze: kontrola w takim ścisku jest praktycznie niewykonalna, a po drugie: kierownik pociągu ma jeszcze na tyle przyzwoitości (ale też i instynktu samozachowawczego), że stara się nie drażnić ludzi swoją obecnością (zapewne też w obawie przed linczem).
Kończąc, wnoszę o przemyślenie przez Sz. D. całej tej sprawy oraz przedsięwzięcie jakichkolwiek kroków celem zapewnienia nam, podróżnym godziwego dojazdu w sobotni poranek do pracy.

I proszę! Jest odpowiedź!

 

 

 

Victoria!!!

Sam nie wiem, czy moje pismo wywarło, aż takie wrażenie, czy też było tą kroplą, która przechyliła szalę zwycięstwa ale wychodzi na to, że w nowym rozkładzie jazdy zostanie uruchomione dodatkowe, późniejsze połączenie, o którym pisałem, a które w znaczący sposób odciąży pociąg wcześniejszy. Słowem: victoria! Zwycięstwo!

 

 

 

 

 

 

Sztyft sztyftów

Właśnie przepaliła mi się żarówka w przednim reflektorze od świateł mijania, a że wymiana żarówki w obecnych samochodach to „nie w kij dmuchał” i czasami trzeba zdemontować pół samochodu wraz z kołem, żeby umieścić w reflektorze żarówkę H7 (jak w moim przypadku), to podszedłem do sprawy niezwykle ostrożnie. Najpewniejsze informacje uzyskamy zawsze na forum danej marki.

Ja na ten przykład, zaraz po zakupie mojego „nowego” dziesięcioletniego samochodu, aby się jakoś dowartościować i wytłumaczyć sobie samemu zakup czegoś o wyglądzie Syrenki, zalogowałem się na „Forum Lancia”, stając się Lancistą.

Jest to forum bardzo niszowe, wręcz elitarne (ze względu przede wszystkim na samą markę, która już niedługo odchodzi do lamusa) na którym, wszyscy posiadający dziesięcio i więcej letnie Lancie, za żadne skarby nie wymieniliby ich na nowiutkie Passaty i inne wynalazki, szczególnie spod znaku Volkswagena.

Ludzie psioczą tam na inne marki i wychwalając swoje samochody, nie używają określeń typu „Lancia Lybra, Lancia Thesis”, a piszą „Moja Lucynka, moja Tereska” traktując nabytki jak nowych członków rodziny. Ja jestem posiadaczem Lucynki i patrząc na nią codziennie, z pierwszego piętra przez okno, szczególnie kiedy ustawię ją „en face”, do teraz zastanawiam się co mnie skłoniło do jej zakupu. Wybrnąłem z tego kupując na Forum Lancia, naklejkę na tylny zderzak „Lancia Forum Polska” i teraz wszyscy już wiedzą, że nie kupiłem jej z braku pieniędzy, a z ekstrawagancji, jako miłośnik marki i Lancista.

Ale wracając do tematu. Na forum można też znaleźć wiele pomocnych rad, począwszy od skomplikowanych wymian paska rozrządu w rzędowych silnikach pięciocylindrowych, które co mniej zorientowani oznaczają w sygnaturce jako V5, a skończywszy właśnie na wymianie żarówek w reflektorach.

Przeczytałem wpisy w interesującej mnie kwestii i po lekturze, wystraszony problemami ludzi z prostą wymianą żarówki (pęknięte zaczepy, osłony, wpadające do środka druciki, „ja tam zawsze odkręcam i wyjmuję cały reflektor na zewnątrz dla lepszego dojścia”), udałem się do serwisu, w którym moją Lybrę serwisuję.

Pani od obsługi klienta zawołała Tomusia… z czeluści warsztatu, wyszło dziecko, pacholę wyglądające góra na piętnaście lat (zapewne sztyft, a może i sztyft sztyftów), które dokonało tego „skomplikowanego zabiegu” na parkingu, przed serwisem, w minutę…

Następnym razem wymienię sam – jednakże istnieje opcja, że ów „dziecko – sztyft sztyftów, trzymane jest tam tylko dlatego, że posiada drobne i małe dłonie, stworzone wprost do takich prac i co jemu zajęło minutę, dla mnie i godziny nie starczy…

Lubię to! ale falszki z Tobą nie wypiję…

Piątek wieczór. Postanowiłem urządzić małą, cotygodniową imprezkę. Żeby imprezka była bardziej globalna wrzuciłem na Facebooka zdjęcie flaszki z ledwie napoczętą zawartością oraz czterech pełnych kieliszków, do których napełnienia ta napoczęta zawartość posłużyła. Podpis po zdjęciem głosił: „Piątek, godz. 20.00, początek weekendu, będzie się działo!!!”.

Otrzymałem od moich Facebookowych znajomych ponad sto lajków, które oczywiście też zalajkowałem, słowem odznaczyłem „lubię to” oznajmiając wszem i wobec, że „lubię to”, że ktoś mnie „lubi”. Kieliszki zostały opróżnione, więc jako pan domu zadbałem o ich uzupełnienie. Polałem.

Niektórzy z wielu, ba! set znajomych z Fejsa, których zalajkowałem, że oni mnie zalajkowali, lajkując pod zdjęciem, odpowiedzieli lajkiem na moje ich zalajkowanie, lajkowania. Nie mogłem pozostać dłużny na takie to wyrazy serdeczności i prawdziwej przyjaźni, więc również zalajkowałem ich lajkowanie, że oni mnie zalajkowali, bo ja zalajkowałem ich lajkowanie pod zdjęciem. Polałem znowu.

Pojawiły się też i komentarze, czyli bardziej kreatywne i wymagające sposoby podtrzymania internetowych przyjaźni, niż tylko same lajkowania. „A co później???”, „Pewnie ruszycie w miasto!!!”, „Oj! Będzie się działo!”. Ba! – odpisałem – Na bogato! – oczywiście lajkując te spontaniczne komentarze, jak oraz lajkując lajki, które dostała moja odpowiedź. Kieliszki zostały opróżnione więc polałem, a flaszka zrobiła się w połowie pusta (lub pełna – jak kto woli). Zrobiłem więc jej zdjęcie i posłałem w świat Facebooka.

Kolejne komentarze brzmiały: „O! Zero seven wam się kończy! Się dzieje!”. Się dzieje! – odpisałem krótko i jako pan domu ruszyłem do kuchni kombinować jakieś przekąski. Kiedy wróciłem z nakrojonymi kabanosikami, żółtym serem, małosolnymi, smaluszkiem i chlebkiem moje zdjęcia miały już ponad dwieście lajków! Polałem i idąc dalej za ciosem, na tle w połowie pełnej (albo pustej – jak kto woli) flaszki, zrobiłem zdjęcie zakąsek. Zdjęcie zatytułowałem: „Było coś dla ducha, a teraz będzie coś dla ciała”.

Oczywiście nie musiałem długo czekać. Już po chwili miałem pełne ręce roboty, odpowiadając lajkami na setki lajków, a po chwili lajkami na lajki moich lajków, na lajki moich serdecznych przyjaciół z Fejsa, pod moim nowym zdjęciem. Polałem do czterech kieliszków i wszystkie jeden po drugim wypiłem, zakąszając dopiero po czwartym kabanosikiem i żółtym serem, a kiedy chciałem sięgnąć po małosolnego, nogi się pode mną ugięły i miękko osunąłem się na podłogę. We flaszce zostało ledwie na jeden „strzał”, a ja na krótko przed zaśnięciem pod stołem pomyślałem, że mając pięciuset pięćdziesięciu siedmiu znajomych na Facebooku, nie mam z kim zrobić flaszki w piątkowy wieczór, po czym wyszeptałem do samego siebie – Oto mamy do czynienia z klasycznym przykładem powiedzenia „Jakość przeszła w ilość”…

Auto bajer

Siedzieliśmy z Jureczkiem przy piwku. Ponieważ byłem tuż po zakupie swojego nowego, dziewięcioletniego samochodu, a w trakcie sprzedaży poprzedniego, rozmowa naturalnie zeszła właśnie na ten temat.
– Teraz to, jak mawia mój kolega, z którym gram w siatę – samochody nie mają swojej ceny – żaliłem się popijając bronka. – Chciałem za Vectrę dostać z pięć i pół klocka. Uważałem, że tyle jest warta. Ale cisza. Zero telefonów. Co kilka dni obniżałem cenę, aż doszedłem do kwoty trzech tysięcy dziewięćset zakładając, że to już ostatnia obniżka, choćby nie wiem co! Napisałem uczciwie w ogłoszeniu co jej dolega i uczciwie porobiłem zdjęcia, nic nie ukrywając. Zrobiłem zdjęcie parcha rdzy na progu i na nadkolu, zrobiłem zdjęcie przetartego tylnego zderzaka i wciąż nic. Dawałem jeszcze drugi komplet opon na stalówkach, a ogłoszenie napisałem tak, no… z poczuciem humoru, żeby zachęcić. Przeczytać ci?
– Dawaj – odparł Jurek. Wyciągnąłem z kieszeni kartkę papieru, na której w czasie jazdy pociągiem napisałem treść ogłoszenia i zacząłem czytać na głos.

Jestem drugim właścicielem samochodu, który sam znalazłem w 2006 roku na mobile.de, pojechałem po niego do Erfurtu, kupiłem od pierwszego właściciela spod domu, który na prawdę miał Helmut na imię i przyjechałem na kołach. Dodam, że nie na lawecie na kołach, a jako kierowca. Jak do tej pory sprawuje się bezawaryjnie. Wymieniałem już pasek rozrządu jak i na bieżąco wszystkie rzeczy eksploatacyjne. W 2007 roku zrobiłem serwis całej klimatyzacji, wymieniając przewody wysokiego ciśnienia, uszczelniając pompę jak i wymieniając chłodnicę klimatyzacji na nową. Robiłem to w specjalistycznym serwisie klimatyzacji.
Posiadam drugi komplet opon – opony zimowe (jak i kluczyków choć sam nie wiem po kiego ludzie to piszą?) na stalowych felgach marki Vredestein Snowtrac 3. Są w bardzo dobrym stanie ale zdjęciami niestety pochwalić się nie mogę, ponieważ są u wulkanizatora w magazynie. Zapewniam jednak, że oferta sprzedaży, dotyczy ich również. Letnie opony, co widać na zdjęciu nr 3, poniżej parcha rdzy na nadkolu są na alufelgach.
Jak widać na zdjęciach samochód jest dobrze wyposażony oferując dodatkowo podłokietnik jak i mały schowek nad lusterkiem środkowym. Piszę o tym, bo wiem że niektórym „wygodnickim” bardziej zależy na podłokietniku niż np. na oponach, ABS – ie, czy klimatyzacji. Lusterka zewnętrzne są elektrycznie ustawiane jak i podgrzewane, a to co oddziela przedział pasażerski od ładunkowego, to nie metalowa kratka, przykręcona brutalnie i bez skrupułów na blachowkręty, a estetyczna roleta, którą w razie przewozu kanapy z IKEA, motoroweru czy kuca, można ewentualnie bardzo łatwo zdemontować. Zabezpiecza też w razie nagłego hamowania, przed lecącymi z przedziału ładunkowego w kierunku potylicy, zgrzewkami piwa, młoto – wiertarkami, czy innymi narzędziami, ponieważ to rodzinne auto jak najbardziej nadaje się też jako środek transportu dla tak zwanego „fachofca”.
Samochodem regularnie wożę dwójkę moich dzieci, foteliki wyjąłem jednak na czas sesji zdjęciowej, żeby było widać, że i z dwójką pociech tapicerka nie musi wyglądać jak po transporcie gości z wieczoru kawalerskiego. Słowem jest czysta! Jedyny mankament, co załączyłem na odpowiednich fotach, to rdza w nadkolu i progach, którą trzeba zrobić przed zimą, a której nie robiłem sam, żeby ktoś nie powiedział, że auto jest po ciężkich przejściach, czyli zespawane z dwóch plus w gratisie z elementów przystanku autobusowego bo, co jest rzeczą pewniejszą niż nasze emerytury, jest ono w 100% bezwypadkowe! Jaśniejsza plamka na tylnym zderzaku, to efekt ataku betonowego bloczku, na ów.


P.S. Z rzeczy mniej ważnych to są jeszcze cztery poduszki powietrzne, napinacze pasów, wielofunkcyjna kierownica, odtwarzacz CD, regulacja położenia kierownicy i dość duża i dobra gaśnica z manometrem, jednak po upływie terminu ważności.

– No i co ty na to? Podoba ci się?
– Podobać to się podoba i nawet śmieszne jest, ale tak się nie pisze w ogłoszeniu. Każdy, który to przeczyta pomyśli, że coś jest „nie teges” z tym samochodem, choć niby piszesz wszystko uczciwie, co i jak. Trzeba ludzi oszukać, bo chcą być oszukiwani, a najlepsze, że ty to wiesz, że ich bajerujesz i oni też to wiedzą, że są bajerowani. To jest właśnie ta potęga bajeru w sprzedaży samochodów. Piszesz „IGŁA!!!”, piszesz „serwisowany”, piszesz „silnik chodzi równiutko” i choć auto jest po dużym dzwonie i ma wytrzaśnięte poduszki powietrzne, książkę serwisową z pieczątkami z nieistniejącego serwisu w nieistniejącym mieście, którą kupiłeś od Turka w komisie, a silnik jest cofnięty o dwieście pięćdziesiąt tysięcy kilometrów, bierze olej i ledwie zipie, to przyjdzie kupiec, popatrzy i nawet jak mu w głowie zacznie dzwonić alarm, „że przecież piętnastoletni diesel kombi nie może mieć przejechane sto dwadzieścia tysięcy kilometrów”, odepchnie tę myśl szybciutko od siebie, a jak zhandluje trzy stówy, to będzie w siódmym niebie, choć ty pchnąłbyś go za „tałzena” niżej jak go wystawiłeś, ale tego nie zrobisz, bo byłoby to podejrzane. To jest właśnie ten cały bajer.
– No faktycznie, tak tego nie widziałem. Ale wiesz ja uczciwy jestem. Jak facet dzwoni z Katowic i pyta się „czy jest rdza na progach?” to co ja mam mu odpowiedzieć? Że, jej nie ma! A on przyjedzie specjalnie, w sobotę po ten samochód, przeświadczony, że wszystko jest okej i jak ja mu wtedy w oczy spojrzę.
– No i bardzo dobrze stary! Dlatego ty nie jesteś handlarzem, a uczciwym człowiekiem i ja z tobą piję teraz piwo! Tak ma być i tak jest! To co bierzemy po drugim?
– Bierzemy! Kiedyś, za komuny to ze sprzedażą samochodów problemów nie było. Dostawało się talon na dużego Fiata, pojeździło kilka lat i sprzedawało drożej niż się kupiło. O! To była ta magia PRL – u. A pamiętasz Syrenki i Trabanty?
– Ba! Miałem syrenkę i raz mi się nawet zapaliła! Z początku myślałem, że mi tak fajnie ogrzewanie w stopy dmucha i nawet się ucieszyłem, ale po chwili doszedł mnie swąd palonej gumy i zauważyłem dym wydobywający się spod maski. Zatrzymałem się i uciekłem, jednak obok stanął facet ciężarówką i podał mi wielką gaśnicę. Otworzyłem klapę i zgasiłem pożar w try miga. Straty nie były nawet takie wielkie, tylko kable do wymiany.
– To jest nic – odparłem. – W moim Trabancie otwarła mi się maska w czasie jazdy! Zawsze miałem z nią problemy, bo zdarzało się, że na wybojach, czy przy mocniejszym podmuchu wiatru z naprzeciwka, lekko podskakiwała. Była źle przymocowana do takich rurek i w końcu, za którymś razem jadę sobie, jadę, mija mnie TIR z naprzeciwka i podwiało ją tak, że się otwarła zupełnie, do samej góry! Wyobraź sobie stary – jedziesz z siedem dych, nie jest to może prędkość astronomiczna, ale dla Trabiego była, że tak powiem, pierwszą prędkością kosmiczną, a tu otwiera ci się macha! Bo przy dziewięćdziesięciu, czyli przy drugiej prędkości kosmicznej, wnętrze samochodu nagle ożywało – każda jedna śrubka miała coś do powiedzenia, wpadała w rezonans, wydając z siebie metaliczne pobrzękiwania i zgrzytnięcia, lusterko wsteczne opadało, dwa wielkie, okrągłe pokrętła, jedno od świateł, drugie od wycieraczek drgały, terkocąc jak jakieś owady, a to od wycieraczek zazwyczaj zlatywało na podłogę i czasami opuszczała się szyba od strony pasażera. Przy setce, czyli przy trzeciej prędkości kosmicznej, którą osiągnąłem tylko raz zjeżdżając z wiaduktu, zrobiło się nagle dziwnie cicho i spokojnie, bo wyłączał się silnik! Kiedy przytrafiło mi się to po raz pierwszy, zjechałem na pobocze i otwarłem maskę sprawdzając, czy faktycznie nie wypadł. No więc jechałem te siedemdziesiąt, a tutaj zamiast widoku na drogę, otwarta klapa. Udało mi się na całe szczęście, nie wpaść w panikę i zatrzymać bezpiecznie.
– A mi kiedyś, jak walnąłem drzwiami, odleciał cały „placek” szpachlu z lakierem! Wcześniej uderzył mi w nie tramwaj, ale dość lekko, o ile można w ogóle powiedzieć, że tramwaj może w cokolwiek lekko uderzyć. Dałem blacharzowi do wyklepania, ale ten pewnie tylko zaszpachlował i polakierował. No i jak przywaliłem, to cały wielki kleks szpachlu z lakierem odpadł na jezdnię. Fakt, że drzwi nie zamykały się za lekko i trzeba było dość mocno nimi trzasnąć.
– Ja też miałem „magika” od napraw. Gościu zakochany był chyba w nitownicy, bo mi prawie cały samochód zanitował – maskę z przodu przynitował do tych rurek, w sumie dobrze, bo mi się już od tego czasu nie podnosiła, ale nie wyglądało to za dobrze, bo patrząc na auto z przodu, widziało się cztery, wielgachne nity, na samym jej środku. Na tylnej klapie przynitował, plastikowy napis „601”, z boku przynitował czarne nakładki na zderzak, a od góry przynitował dach! Dałem mu Trabiego, żeby mi hamulce naprawił, a on dodatkowo, umieścił na różnych elementach samochodu ze dwadzieścia nitów! A hamulce i tak niedługo wysiadły. To znaczy przestały działać w ogóle. A pamiętasz, że na starsze syrenki z otwieranymi w drugą stronę, przednimi drzwiami, mówili kiedyś „kurołapy”? Właściwie to chodziło o drzwi typu „kurołapy” – jechałeś przez wieś i jak przyszło ci wjechać z stado domowego ptactwa, otwierałeś je i łapałeś na przykład kurę na rosół, albo kaczkę na czerninę.
– Ja taką właśnie miałem! Kur co prawda nie łapałem, ale raz otwarły mi się w czasie jazdy i właśnie wtedy z boku, od tyłu przypierdzielił mi w nie ten tramwaj. Wtedy zatrzasnęły się tak mocno, że musiałem przez pewien czas wysiadać od strony pasażera. Ale za to lubiłem zapach spalin Syrenki.
– To Fakt. Trabi też niby dwusuw, a śmierdziało jakoś inaczej. Jednak nasza technologia produkcji silników dwusuwowych była bardziej dla ludzi… to znaczy dla nosa, niemieckie nie pachniały już tak ładnie.
– A pamiętasz te stare Trabanty? Te zaokrąglone?
– No pewnie! Pamiętam nawet stare Wartburgi! Wujek miał takiego w kolorze burym mat. Auto było tak matowe, że pochłaniało światło jak czarna dziura. Dodatkowo wujek wyznawał prostą zasadę, że samochodów się nie myje, bo od tego jest deszcz, co bardziej potęgowało tę matowość. Zawsze powtarzał, że Trabanty wywodzą się w prostej linii z samochodu DKW, co tłumaczył jako Dykta, Klej i Woda. Ale mi to nie przeszkadzało, bo przynajmniej nie rdzewiały. Jak miałem Opla to z rana słyszałem chrumkanie, jak mi go rdza wcinała. Dzwoniłem nawet do lakiernika, to mi powiedział, że to „walka z wiatrakami”, rdza i tak wyjdzie, więc sprawę olałem i zaakceptowałem.
– Moja Skoda jakoś nie rdzewieje, może dlatego, że mam ją od nowości i nie garażuję. Ponoć jak auto garażowane to rdzewieje bardziej?
– Tak mówią – poniżej zera nie zachodzi reakcja chemiczna, bo woda zamarza, to i nie rdzewieje, a w ogrzewanym garażu to ci chrumka całą noc! W Trabantach za to, to znaczy stricte w moim Trabancie, piętą Achillesową były hamulce – jak działały, to działały kiepsko, mocno ściągając. Gdybym nie trzymał z całej siły kierownicy, bo ta prawie wyrywała mi się z rąk, to samochód momentalnie odbiłby na środek jezdni. Opracowałem nawet taki numer – jak jechałem z kimś pierwszy raz i miałem skręcić w lewo, to przed zakrętem puszczałem kierownicę i lekko naciskałem na pedał hamulca, wtedy auto samoistnie skręcało! Manewr robił piorunujące wrażenie na pasażerach. Ale i tak największy problem miałem z wycieraczkami. Prawdopodobnie, bo nigdy do tego nie doszedłem, była wyszczerbiona jakaś zębatka i wycieraczki po wykonaniu ruchu w górę, zacinały się na powrocie. Wtedy dochodził spod deski rozdzielczej, taki charakterystyczny warkot i pod groźbą przycięcia palców, wkładałem tam, w czasie jazdy, prawą rękę i nic nie widząc, na wyczucie, musiałem znaleźć cięgło od wycieraczek, aby je popchnąć. Ogólnie, ponieważ do zacięcia wycieraczek dochodziło, co drugi, trzeci cykl, jechałem, mając cały czas rękę wetkniętą pod pod deskę, w okolicach przedniej szyby, a brodę przy kierownicy, co (ale o tym za chwilę) miało swoje plusy. Nie była to zbyt komfortowa podróż, szczególnie, że odbywała się przecież w strugach deszczu, a przednia szyba dodatkowo, z uwagi na słaby nawiew, nieustannie parowała. W efekcie czego, dochodziło do takiej sytuacji, że prawą ręką popychałem wycieraczki, lewą, co rusz, przecierałem gąbką, tę parującą szybę, by w tym samym czasie przytrzymywać kierownicę brodą. Ludzie którzy jechali ze mną po raz pierwszy byli pod wrażeniem mistrzowskiej koordynacji oraz ilości czynności, które zmuszony byłem wykonywać, pomijając oczywiście prowadzenie pojazdu.
Gorzej było kiedy hamulce wysiadały w ogóle. Na całe szczęście nie zdarzyło mi się to nigdy podczas jazdy, a wycieki płynu miały miejsce na postoju, a raz na okresowym badaniu, podczas kontroli stanu technicznego. Tak. Okresowe badanie na stacji diagnostycznej, było moją coroczną zmorą, bo doprowadzenie Trabiego, do stanu względnej sprawności, było praktycznie niemożliwe. Dlatego też kiedy zbliżał się ów termin, byłem cały w nerwach, a jadąc tam, odchodziłem od zmysłów, no bo tak: numery nadwozia się nie zgadzały, a kiedy je w końcu przebiłem, wyglądały tak, jakby je ktoś przebił, ustawienie prawidłowo świateł było bardzo trudne, opony zawsze miałem prawie „slicki”, a hamulce były z tego wszystkiego najgorsze. Pamiętam jak dziś – wjeżdżam na rolki, facet ustawia na sprzęcie parametry pojazdu i się zaczyna. Każe wrzucić na luz i po chwili zahamować. Sprawdza odczyt. Po chwili mówi, żeby jeszcze mocniej zahamować. Cisnę nogą jeszcze mocniej, sprawdza i powtarza, żeby jeszcze mocniej. Wchodzi pod pojazd, a ja prawie staję jedną nogą na pedale hamulca, zapierając się rękami o dach. Moje ciało jest naciągnięte jak struna z wyprostowanymi nogami, zawieszonymi w powietrzu pośladkami i wyciągniętymi ramionami, dotykającymi dachu. Z podłogą tworzę kąt czterdziestu pięciu stopni i ze wszystkich sił napieram na ten pedał, a mięśnie od tego wysiłku zaczynają mi się trząść. Po chwili pedał robi się nagle „miękki”, zjeżdżając do samej podłogi, a spod Trabiego wychodzi facet, zlany na twarzy płynem hamulcowym i mówi, że „ten pojazd kontroli nie przeszedł”. Wrócić muszę teraz już bez hamulców i kiedy szykuję się do odjazdu, przychodzi drugi facet i słyszę, jak szepcze do pierwszego, że źle ustawił rolki, bo na auto o masie „tona trzysta”…
– No to nieźle. Ja tam zawsze dawałem znajomemu dowód rejestracyjny, ten zanosił do drugiego znajomego, który to miał uprawnienia i przykładał pieczątkę. Kosztowało to jak normalnie, plus flaszka.
– Teraz to już przeglądu za flaszkę nie załatwisz, a miałem kumpla, co załatwiał kiedyś przegląd za samą flaszkę, bez żadnych dodatkowych opłat!
– No to już prawdziwe mistrzostwo!
– Żebyś wiedział. Teraz jedziesz i nie dość, że musisz zostawić stówkę, to jeszcze ci marudzą, że to, że tamto…
– A wiesz w instrukcji obsługi Syrenki było napisane, że „klimatyzacja uruchamia się automatycznie po otwarciu okien!”. Serio! Tak było!
– No teraz to już nie wyobrażam sobie samochodu bez klimy. Moja Vectra miała całkowicie sprawną, bo wpakowałem w nią ponad półtora kafla! Aż żal było sprzedawać.
– A właśnie, bo odeszliśmy od tematu… sprzedałeś ją w końcu?
– Aha… na czym to ja stanąłem? Aaa! Już wiem. Co kilka dni obniżałem cenę, aż doszedłem do kwoty trzech tysięcy dziewięćset zakładając, że to już ostatnia obniżka choćby nie wiem co! więc jak przyjechał handlarz i powiedział „trzy koła”, to go wyśmiałem, a po trzech dniach oddzwoniłem do niego, mówiąc – Bierz pan za trzy! – i modląc się, żeby się nie rozmyślił. Tragedia. Przyjechał i jeszcze zaczął marudzić „że za drogo”, bezczelny typ… Odparłem, że to kwota „ostateczna!”, spojrzał tylko w moje oczy i już wiedział. Bez słowa wybecelował trzy patole. Spisaliśmy umowę i odjechał. Pomyśl, sprzedałem samochód za dwukrotność kasy włożonej w naprawę klimatyzacji.
– Ech… samochody nie mają teraz swojej ceny – przytaknął Jurek.
– Ano nie mają… to co Jureczku… po trzecim?
– Po trzecim…

Usprawiedliwienie

 

 

 Niniejszym wypisuję sobie usprawiedliwienie z nieobecności w całym przyszłym tygodniu. Przez ten czas nie napiszę absolutnie nic, a spowodowane jest to wezwaniem, które otrzymałem z MON – u, celem odbycia przeszkolenia wojskowego dla podchorążych rezerwy. Spakowałem już co prawda laptopa, a będąc w Tesco kupiłem (na dobry początek): pół litra wódki białej, litr whiskey, dwie paczki kabanosów „Krakus”, paczkę fajek i pięciolitrowy baniak wody na kaca, ale po telefonie do jednostki wojskowej, w której spodziewają się mnie już jutro, okazuje się, że laptop może być całkowicie zbędny. Otóż otrzymałem informację, że mają dla nas całkiem interesującą niespodziankę, w postaci spędzenia całego tego okresu, na poligonie, pod namiotami! Tak więc odmeldowuję się, a relację z owego pobytu postaram się jak najwcześniej umieścić, na mojej stronie.

 

 

 

 

Ciemnobrzuche miłośniczki rosy

Jakoś tak przy końcu lata, kiedy jest jeszcze niby gorąco ale smutne przeczucie nadchodzących jesienno – zimowych chłodów nakazuje nam, pomimo mokrych plam pod pachami, szukać już po szafach cieplejszego odzienia, pojawiają się one – muszki owocówki. Najpierw nieśmiało, pojedynczo, bądź małymi partiami, ale góra po dwie, trzy, by z nastaniem porannych przymrozków opanować całe nasze mieszkania, włączając w to wnętrza szaf, mikrofalę, a nawet lodówkę. Ich główną siedzibą jest kuchnia, gdzie siedzą teraz całymi stadami na wszelkich możliwych rantach i kantach, wszelkich możliwych sprzętów.

Te będące na widoku są jeszcze w miarę ruchliwe reagując na zbliżające się zagrożenia, wolnym, jakby od niechcenia odlotem, ale te które wylatują zmarznięte po bliżej nam nieokreślonym czasie pobytu w lodówce, robią to ledwie unosząc się w powietrzu, a ich lot przypomina bardziej nawet ślizg, lub łagodne opadanie na podłogę. Są jeszcze te najgorsze, które mieszkają w pojemnikach na pieczywo, na odpadki organiczne, gdzieś pod spodem zgniłego w tym miejscu jabłka lub pomidora. Te nie latają już w ogóle i czy to z powodu obżarstwa, czy też promili wchłoniętych z owocowych fermentacji, są w stanie iść tylko, albo podskakiwać w nadziei, że jednak dadzą radę i polecą niby Ikar w przestworza.

Tak jak nie robiły na mnie wrażenia pojedynczo lub w małych grupkach, to ich całe tabuny, kiedy zajadam bułkę z pomidorem i masłem z rana, już bardziej. Wtedy nie wytrzymuję i pomimo, że nigdy ale to przenigdy nie lubiłem dźwięku odkurzacza o tej porze, odpalam go i zakładając na wąż tylko jeden człon metalowej rury, zabieram się do codziennego, porannego rytuału wciągania muszek owocowych.

Zamykam drzwi od kuchni i selektywnie, spokojnie z namaszczeniem wsysam te które siedzą oraz te które ledwo poderwały się do lotu. Zajmuje mi to ledwie chwilkę, no niech będzie, że pięć minut, po czym siadam kończąc swoją bułkę z pomidorem i wtedy, patrząc tak przed siebie w dal, właściwie na ścianę, a mając spojrzenie wyskalowane na nieskończoność, zauważam małe punkciki sunące po tej mojej nieskończoności. To są one! Powróciły i nawet nie wiem skąd? Bo Bóg mi świadkiem, że wciągnąłem wszystkie, otwierając szafy, mikrofalę, chlebak i lodówkę. One są niezniszczalne! Równie niezniszczalne jak wątłe i ospało – ślamazarne.

Stosowałem już różne pułapki, od specjalistycznych kulek, wielkości pięści z nalanym do wnętrza super wabikiem, który w drodze eksperymentów zamieniałem na sok owocowy, piwo, a nawet nalewkę z wiśni, po proste foliowe torebki z kawałkiem jabłka, zamykane szybkim ruchem i wynoszone na zewnątrz wraz z muszkami. Wszystko to dawało efekt na chwilę, by po kilku godzinach kuchnia na powrót zapełniła się wolno przelatującymi, małymi punkcikami. Zrezygnowałem tylko z suszarki i wykorzystywania jej wstecznego ciągu jako sposobu niehumanitarnego. Widać przyjdzie mi się z nimi zbratać, tak jak wiele, wiele lat temu zbratałem się z rybikami, zamieszkującymi moją łazienkę, a owe nieszczęsne nieboraki, które odnajduję wymęczone rankiem, po nocy w wannie, czy zlewie, wyciągam na kawałku papieru toaletowego i puszczam wolno w teren. A niech sobie porybikują.

Dodatkowo, kiedy niejako wgryzłem się w temat muszek owocówek, dowiedziałem się wielu pozytywnych o nich informacjach. Ich nazwa po łacinie oznacza „ciemnobrzucha miłośniczka rosy” i brzmi to na pewno bardziej poetycko, niż owocówka, czy muszka octowa. To one zapoczątkowały podbój kosmosu, wychodząc na orbitę na dziesięć lat przed psem i dwie dekady przed nami, a zrobiły to na bani, ponieważ żyją w stanie permanentnego rauszu. „Upija się cała populacja, ale samce, które wiodą udane życie seksualne – mniej” – stwierdzają naukowcy i to już w ogóle mnie przekonało. Ale niestety mojej żony nie.

– Musisz coś zrobić z tymi rybikami i muszkami! – mówi do mnie jeden dzień w kuchni z rana, kiedy człek jeszcze ospały i na wolnych obrotach. A na wolnych obrotach takich ciężkich tematów się nie porusza.
– A co niby mam zrobić? Przecież i jedne i drugie są prawie niezniszczalne. A poza tym co ci przeszkadzają? – odpowiedziałem spokojnie.
– One gryzą nasze dzieci!
– Co? Rybki?
– Nie rybiki, a muszki. Muszki gryzą. W nocy. Jak śpimy. A rybików się
dzieci brzydzą… O!
– Gryzą dzieci? Przecież to pacyfistyczne ćpunki. Latają nawalone jak meserszmity. Myślą tylko jakby się tu nażłopać jakiejś nalewki, czy zgniłego jabłka z promilami. A rybiki? Żyją chyba tylko samym powietrzem, a jak na nie choć dmuchnąć, to już zdychają ze strachu.
– One nam przeszkadzają! Dzieci się rybików brzydzą, a muszki gryzą i koniec! Ma ich nie być!
– Gryzą dzieci, gryzą dzieci. Ty wiesz jak one się nazywają po łacinie?
– ???
– Eee… Spijaczki rosy z ciemnego brzucha, czy jakoś tak… – zrobiłem głupią minę.
– Ty świnio!
– Dobrze kochanie – wiedziałem, że nie ma sensu wdawać się w dyskusję z kobietą z rana, w kuchni. – Pozbędę się muszek i rybików.

Ponieważ dotychczasowe sposoby walki nie przynosiły żadnych efektów postanowiłem działać bardziej niekonwencjonalnie i agresywnie, a zarazem ekologicznie. Przecież odkurzacz miał ponad dwa tysiące watt! Ileż „to to” prądu zużywało?!! Gdzieś w internecie wyczytałem, że naturalnym wrogiem rybików i muszek owocówek są najzwyklejsze skorki i to w dodatku pospolite, znane bardziej jako zauszniki, czy szczypawki. Było co prawda napisane, że muszek owocówek tylko w niewoli, ale przecież mój dom był dla nich jakby więzieniem. Ileż razy widziałem jak siedzą na szybach okna próbując z desperacją wydostać się na zewnątrz. Postanowiłem nałapać troszkę mojej owadziej broni i wprowadzić je do domu. Najpierw do kuchni, a zaś do łazienek, na piętrze i na parterze.

W ogrodzie było ich całe mnóstwo. Ba! Całe rodziny wyłapywałem do małych słoiczków po koncentracie pomidorowym, a dzielne mamy skorki, czy ojcowie, tego do końca nie wiem, stawali nawet w obronie swojego przychówku, unosząc wysoko swoje szczypczyki na odwłoku. Nie bałem się ich, zresztą już od dziecka byłem jakiś pro – owadzi, czy to konstruując sobie radyjko z pustego pudełka po zapałkach i bąka wewnątrz, czy też wypuszczając w klasie wielkie muszyska z przywiązanymi do odnóży nitkami. Kiedy nałapałem do słoiczków kilkadziesiąt skorków pospolitych, z czego przynajmniej połowa, co było widać po wielkości i kondycji zewnętrznej, to były wielopokoleniowe rodziny z dziećmi i wnukami, zaniosłem je wieczorem do kuchni, po czym otwarłem wieczka i zostawiłem na noc. Żeby im ułatwić zadanie, oraz żeby mi się nie rozpierzchły po całym domu, zamknąłem dodatkowo drzwi, po czym udałem się do sypialni, na piętro. Nie mogłem doczekać się poranka, kiedy wejdę do kuchni i nie zobaczę, ani jednego, wolno przelatującego obiektu oraz zdziwionej miny mojej żony.

– Aaa! Aaa! Co to jest?!! Aaa! – usłyszałem krzyk żony, dochodzący z kuchni. Pobiegłem na dół, po schodach.
– A cóż to się stało kochanie?
– Nie widzisz? W całej kuchni jest pełno szczypawek! Zobacz. Są w pojemniku na chleb, na blacie, na parapecie, na podłodze… wszędzie!
– Bo ja je tutaj zaprosiłem! To nasza tajna wunderwaffe! One wyeliminują i rybiki i muszki, bo to ich naturalny wróg. Muszek owocówek co prawda tylko w niewoli, ale przecież, jakby na to nie patrzeć, więzimy je tutaj. Ja jakoś nie mam sumienia ich zabijać. Rybiki są takie delikatne i wątłe, a muszki to wielcy znawcy wszelkich napojów alkoholowych i do tego kosmonautki! Kochanie, z tych trojga stworzeń pozostaną tylko skorki. Zaufaj mi.
– To są szczypawki! One wchodzą w nocy do uszu i przebijają bębenki! Chcesz żeby weszły do uszu naszych dzieci i przekuły im bębenki? Skoro je zaprosiłeś to je teraz grzecznie wyproś. Masz pól godziny!

Wyprosiłem skorki i muszki, przy pomocy starego sprawdzonego sposobu, czyli przy pomocy odkurzacza. Rybiki zostawiłem w spokoju. To stworzenia nocne, więc nie będę ich niepokoił. Koło południa wszystko wróciło do normy – nie było szczypawek, a pojawiły się wolno latające, małe obiekty. Na chlebaku podskakiwało małe stadko nie mogąc się unieść w powietrze, a kiedy otwarłem lodówkę kilka wychłodzonych wyleciało ślizgiem prosto na podłogę. Od tego czasu mi ani żonie już nie przeszkadzały. Ciemnobrzuche miłośniczki rosy zamieszkały razem z nami i rybikami, które o tej porze spały jeszcze w łazience.

Z ostatniej chwili: OC na rower

Właśnie włączyłem na chwilę telewizor, na TVN24 jakiś pan usilnie przekonywał mnie, oraz przeprowadzającego wywiad dziennikarza, że wszyscy rowerzyści potrzebują ubezpieczenia komunikacyjnego. Jest coraz więcej rowerzystów – mówił – jeżdżą coraz szybciej stwarzając zagrożenie na drodze. Zdarza się, że dochodzi do zderzenia dwóch rowerzystów, a rowery kosztują nieraz tyle co samochód. Zdarza się, że rowerzysta wjedzie w pieszego, w kobietę z wózkiem i co wtedy z egzekwowaniem odszkodowania? – jako przykład zastosował bardzo trafne porównanie roweru do samochodu ciągnącego przyczepę, gdzie zestaw jest cięższy niż trzy i pół tony i wtedy ów kierowca zmuszony jest uiszczać większą opłatę na autostradach. Pisząc teraz ten tekst, wciąż i na nowo próbuję dojść, o co mu kurwa chodziło?

Obok stał chłopak. Rowerzysta. A obok chłopaka trójkołowy rower na którym jeździ się w pozycji półleżącej. Dziennikarz podszedł do roweru i próbując podnieść stwierdził, że jest dość ciężki i faktycznie może stwarzać w razie kolizji zagrożenie, więc to OC jest jak najbardziej potrzebne. Tak, tak! Wiem, że wzbudza to wiele kontrowersji, ale nam (rowerzystom) pomoże… będzie jeździło się lepiej i bezpieczniej – wtórował mu chłopak – rowerzysta. „Trójkołowy rower na którym jeździ się w pozycji półleżącej” to bardzo popularny rodzaj rowerów i widuje się je wręcz wszędzie! – pomyślałem.

Ostatnio też poznańska policja poszczyciła się wielkim sukcesem! Łapali rowerzystów jadących po chodnikach i wlepiali im mandaty. Jak piszą media „Akcja nie była jednorazowa, po weekendzie policja znów będzie karać cyklistów”. No tak. Dotychczas byłem przekonany, że zazwyczaj „polują” na rowerzystów jadących polnymi drogami, a wracających z grzybów, czy też z ryb, którzy walnęli sobie po piwku i stwarzają potężne zagrożenie taranując na swojej drodze wszystko, co napotkają, ale ci zaskoczyli mnie zupełnie, bo przecież łapali trzeźwych!

Wychodzi teraz na to, że trzeba będzie przesiąść się jednak na samochód, bo jeśli jest kto trzeźwy i przy zdrowych zmysłach, to w życiu nie pojedzie rowerem po jezdni, mając na swoich plecach gorący „oddech” TIR – a, a wszystko to utwierdza mnie w przekonaniu, że za wszystkim stoi lobby paliwowe, czyli ogólnie Ruskie i ładnie wpisuje się w tę całą ekologię, emisję gazów cieplarnianych, zdrowy styl życia i walkę z zakorkowanymi ulicami naszych miast.

Rojal Bejbi

Z wielką radością przyjąłem wielkie zainteresowanie polskich mediów narodzinami królewskiego potomka rodem z Anglii. Rojal Bejbi zdeklasowało po prostu wszystko i wszystkich i każdy jeden serwis informacyjny zaczynał się bezpośredniej transmisji z placu boju, czyli z chodnika naprzeciw szpitala, gdzie księżna Kate, udała się w asyście męża, w celu poczęcia. Polska polityka i politycy musieli ustąpić miejsca nienarodzonemu potomkowi angielskiego rodu Windsorów, który jest nam skądinąd tak bliski, jak wielka stopa.
Śledząc każdą jedną informację zacząłem darzyć wielką sympatią, to nienarodzone jeszcze pacholę, a moje zdenerwowanie, nadchodzącym coraz to szybciej rozwiązaniem, porównywalne było do tego, kiedy to sam ongiś, w roli przyszłego taty, ściskałem mocno lubą za rękę, na porodowej sali.
Rojal Bejbi! Rojal Bejbi! – kotłowało mi się tylko w głowie i kiedy wreszcie nadeszła upragniona wiadomość o narodzinach, poczułem się prawie jak ojciec, a księżną Kate, zacząłem nazywać księżniczką Kasią. Następnego dnia śledziłem już wszystkie serwisy informacyjne, na wszystkich informacyjnych kanałach, a kiedy dowiedziałem się, że księżniczka Kasia opuściła szpital do reszty zgłupiałem, bo oto nie niosła ona już „mojego” ukochanego Rojal Bejbi na rękach, a jakieś tam Bejbi Kembridż?!! Co to miało znaczyć?!! I to bez uzgodnienia ze mną? Kacha dała plamy na całej linii! Rojal Bejbi brzmiało przecież tak ładnie, kojarząc mi się z ulubioną kanapką z Makdonalda, a to całe kembridż przywodziło na myśl moje odwieczne problemy z zasychającymi kartridżami w drukarce atramentowej. Nie! Tego było za wiele! Postanowiłem zadzwonić do pałacu Buckingham i to do samej królowej!
Z oficjalnej strony brytyjskiej monarchii spisałem sobie numer i żeby nie narażać się na koszty, zadzwoniłem przez Skype’a.
– Good afternoon. Buckinghan Palace… – usłyszałem ledwo co w słuchawce po drugiej stronie, jednak ten cały Skype wciąż pozostawia sporo do życzenia w kwestii jakości.
– Gut, gut! Z królową poproszę – odparłem grzecznie.
– Sorry, I don’ understand You… – gościu chyba nie dosłyszał.
– No z Elżbietą drugą! – powtórzyłem głośniej. – No, tę całą „królową matkę” jak ją nazywacie, choć kojarzy mi się bardziej z pszczołami.
– …??? – w słuchawce „usłyszałem” ciszę i zakłopotanie.
– No chłopie – troszkę się już zdenerwowałem – dawaj mi tu Elę i to już! Mam jej coś do powiedzenia w kwestii jej potomka, a nawet prawnuka, znaczy się Rojal Bejbi!
– Aaa! Baby Cambrigde! – usłyszałem radosny, podniesiony głos, co mnie do reszty już wytrąciło z równowagi.
– Nie kurwa Kembridż, a Rojal! Chamie jeden! – po czym rzuciłem słuchawką, a właściwie słuchawkami z mikrofonem o klawiaturę, kupionymi na Allegro za czternaście, dziewięćdziesiąt dziewięć.
Odszedłem od komputera i właśnie wtedy na TVN24 jakaś baba powiedziała, że oto mój ukochany Rojal Bejbi, nie jest już Bejbi Kembridż, a został Jerzym Aleksandrem Ludwikiem Mont coś tam Łindsorem i jest dalekim potomkiem Vlada Palownika – hospodara wołoskiego! I to mi już pasowało! Jurek, Olek i Ludwiś dodawało mu swojskości, podobnież jak wschodnioeuropejski przodek, słynący z nabijania ludzi na pal!